piątek, 8 sierpnia 2008

niedziela, 6 lipca 2008

O dyrektorze mojej szkoły początkowej.... słów kilka

Świat wydaje się ciekawy dopóki człowiek nie zacznie się nim na dobre ciekawić.
Ale... nie bierzmy wszystkiego na serio, es lo mejor que puedes hacer, hijo mio :)
W Mariampolu już od roku jest polska szkoła, co prawda połączona z litewską. Przedtem też przez dobrych kilkanaście lat istniały polskie klasy, które się przymały na kochane nauczycielce klas początkowych St. Skarżyńskiej. To niesamowite że przez tyle lat utrzymała się i wychowała dużo dzieci w szkole, której dyrektorem był fenomenalny Algimantas Masaitis, członek Vilniji!!! (o tym dowiedziałam się zupełnie niedawno). To on przez wiele lat powtarzał, że klasy polskie w szkole mariampolskiej będą tylko przez jego trup. Na szczęście musiał się ugiąć.
Następnym dyrektorem był kolejny polakożerca, który po pijaku biegał po wsi wygrażając Polakom. Na szczęście ludzie się od razu za to wzięli i zaczęli zbierać jakieś podpisy, bo oburzające jest żeby taki człowiek był na tak wysokim stanowisku.
Wróćmy jednak to Masaitisa, mojego byłego dyrektora, o którym prawie nic nie wiedziałam w czasach, kiedy uczyłam się w szkole, bo niby czemu miały interesować mnie poglądy jakiegoś, czy nawet mojego dyrektora.
W internecie natknęłam się na rozbijający artykuł -Vilnija:letai gyjanti krasto istorijos zaizda. Jest to dyskusja na temat polskości, "polskich nacjonalistów", historii, szkolnictwa itd , w której m.in. bierze udział wszystkim znany Garsva i "nasz" Masaitis.
A.Masaitis:

"Per Atgimimą sukruto lenkų agitatoriai ir remdamiesi Lietuvos Konstitucija pareikalavo atidaryti lenkiškas klases. Atsirado vienas kitas tėvas, kuris savo vaikus norėjo mokyti lenkų kalba. Jie buvo visais būdais agituojami siekti lenkiškų klasių atidarymo. Tie agitatoriai – tai Lenkų rinkimų akcijos Lietuvoje aktyvistai. Jiems rūpėjo Marijampolyje būtinai atidaryti lenkų mokyklą ir kad ji būtų po vienu stogu su lietuviška. Aš įrodinėjau, kad Europos Sąjungos šalyse nėra dvikalbių ir trikalbių mokyklų, nes tai daryti netikslinga.

10 metų man pavyko nuo dvikalbės mokyklos Marijampolyje apsiginti, tačiau buvau smarkiai puolamas."
No właśnie. Większość mieszkańców Mariampola to Polacy (chociaż teraz... większość młodych Polaków albo ukończyła, albo uczy się w szkole litewskiej więc nie wiadomo kim są), a ktoś próbuje wmówić że tak naprawdę nikomu nie zależało na polskich klasach, tylko "agitatorom". No cóż, śmiem twierdzić że prawda była inna, bo znam większość rodziców tych dzieci i ani jednego agitatora...
Masaitis:
"Elgiamasi iššaukiamai. Lenkiška klasė gražiai suremontuota, įstatytos didžiulės naujos durys, privežta kompiuterių, yra internetas. Visai mokyklai reikia renovacijos, bet visas dėmesys telkiamas tik į lenkiškąją dalį. Visa tai pykdo žmones, ne vien lietuvius, bet ir vietinius lenkus."
Pewnie, vietiniai lenkai wolą litewska szkołę, nie ma co :)
Masaitis:
"Toks veikimas (czyli polityka oddzielania, a nie integracji, mój przypis) nepadės vietiniams lenkams geriau integruotis į Lietuvos valstybės gyvenimą, daugelis jų kaip buvo nuošalyje, taip ir liks stovėti kelkraštyje.Laukti ne rankas sudėjus, bet dirbant"
Aż się boję komentować...A nuż też jestem tylko polakiem-darmozjadem i wszystko obróci się przeciwko mnie.
Masaitis:
"Pats gyvenimas parodys, ar ta lenkiška mokykla Marijampolyje reikalinga, ar nereikalinga. Mano įsitikinimu, ji čia visai nereikalinga. Ir daugelio vietinių tėvų įsitikinimu – taip pat. Vietiniai vaikai jos ir nelanko. Seniūnas į tą mokyklėlę atveža mokinukus iš gana tolimų apylinkių."
Kłamstwo w żywe oczy. Aż mi włosy zaczynają zielenieć,a oczy zachodzić delikatną różową mgłą.


Wypowiada się też niejaki Zigmas Zinkevičius. Ta wypowiedź rozśmieszyła mnie najbardziej:

"Ir dar į ką norėčiau atkreipti dėmesį: šiame krašte labai paplitę įvairūs mitai – lenkomanų politikuotojų skleidžiamos nesąmonės. Ir žmonės jomis tiki. Kai kurios tų nesąmonių tapo visuotinai priimtos ir ne vien Lietuvoje, bet ir užsienyje. Kad ir toks lingvistams gerai žinomas dalykas. Vietinė lenkų kalba paplitusi į šiaurę nuo Vilniaus ir maždaug iki Vilniaus, o toliau į pietus kalbama gudiškai, t. y. baltarusiškai. Bet pamėginkite tai paaiškinti tiems, kas nenori girdėti. Jus pradės įtikinėti, kad tai esanti lenkų tarmė. O už Lietuvos sienos ta pati kalba, kuri niekuo nesiskiria, jau vadinama gudų kalba. Tai ar čia ne mitas?"

I na koniec pan Alfonsas Kairys o wycieczkach, które muszą być organizowane dla uczni szkół litewskich, żeby poznawały swój kraj:

"Vien lietuviais moksleiviais negalima apsiriboti, reikia paimti į tas keliones ir kitų mokyklų – lenkiškų ir rusiškų, moksleivius. Tai bus veiksminga priemonė patraukti į mūsų pusę kitų tautybių vaikus ir jų tėvus."

???????????
Całą dyskusję, która była zapisana i wydrukowana w "Mokslo Lietuva" w kwietniu 2007, można przeczytać tutaj: http://mokslasplius.lt/mokslo-lietuva/node/408?page=0%2C0


Nie chcę, żeby to wszystko zabrzmiało antylitewsko. Nie mam NIC przeciwko Litwinom. Jednak nie mogę być obojętna na słowa i działania ludzi, których spotykam na co dzień. Nie tylko Litwinom. Chyba jeszcze bardziej denerwujące są wyczyny niektórych Polaków, bo nawet wśród nas nie brak ciemniaków, nacjonalistów, półgłówków, "zaściankowiczów", hołoty i innych gatunków.

A teraz wracam do przyjemniejszych rzeczy, może se pogram na flecie póki dom nie śpi, albo posłucham mariampolsko-litewsko-ziemsko-kosmicznej ciszy, którą nie mogą nacieszyć się moje zwykłe, przyziemne uszy.


poniedziałek, 30 czerwca 2008

Chyba dużo się działo, może trochę za dużo. Nie można przecież być cały czas na czasie, bo ktoś, kto wymyślił zegarek, był bardzo irracjonalny. Nie mówiąc już o sekundniku....
Przedwczoraj, po przyjeździe do domu, długo nie mogłam zasnąć bo było za dużo ciszy. Sound of silence otaczało mnie z każdej strony, wchodziło przez uszy, noc, powieki, skórę. Tak to jest, jak się człowiek przyzwyczai do nieustającego hałasu miasta, które nigdy nie śpi ( tak jak każde inne przyzwoite miasto).
Uświadomiłam sobie po raz kolejny, że muszę się nauczyć nowych znaczeń znanych mi słów. Oczywistości okazują się czymś co trzeba jeszcze raz dookreślać. Wygląda na to, że dosłownie każde zdanie powidziane u nas i w Polsce ma zupełnie inne znaczenie. Tak więc uczę się...
Festiwal Malta dobiegał do finału w sobotę, a ja tymczasem jechałam ( wraz z moimi torbami i kartonikami) w stronę wschodniej granicy Polski. Szkoda było, że nie zobaczyłam Elvisa Costello w sobotni wieczów nad niejakim jeziorem Malta. Praca nad codziennikiem maltańskim i pisanie recenzji wspominam bardzo dobrze ( jeszcze o tym napiszę). Natomiast zaczynam żałować że nie poszłam na salon do Radia Afera. Po prostu stchórzyłam, a to mogło być bardzo ciekawe doświadczenie. Nieważne. Innym razem. Nic na siłę.
Od kultury- prosto do litewskiego buszu. Do natury. Zajęłam się sprzątaniem lasku należacego do mojego dziadka. Bardzo to pasjonujące, daje podobną satysfakcję jak pisanie recenzji. Jednak jest problem... ze śmieciami oczywiście. Nasze mariampolskie wysypisko śmieci zostało zamknięte ( bo nieekologiczne, nieeuropejskie...), więc ludzie wywożą śmieci do śmietników koło innych wiosek, do lasu, zakopują do ziemi, gromadzą za domem. De facto nie ma gdzie wywozić niesortowanych śmieci ( a z sortowanym też nic nie wiadomo, trzeba pogadać z moim sąsiadem ,starostą, ale już się domyślam jak się potoczy ta rozmowa :)). Tak więc najleprzym rozwiązaniem byłoby zjadanie własnych śmieci albo czarna dziura gdzieś w ogrodzie, która bezpowrotnie pochłaniałaby nasze jawymyślniejsze śmieci.

niedziela, 1 czerwca 2008

Moda

Tak, to prawda, chciałam być modna, bo wszyscy chcieli, bo nikt nie powiedział głośno że większość też może się mylić, bo to była dobra zabawa, bo każdy chce być ładny, bo tak. Tak, to prawda, nawet teraz nie jestem od tego wolna. Zapomniałam ogolić nogi, poszłam na basen i nie mogłam nie myśleć o swoich owłosionych nogach, widok których może zaszokować niejednego samca, przyzwyczajonego do widoku oczyszczonych z różnego rodzaju owłosienia kobiet. I co, byłam mniej kobieca? No przecież byłam bardziej naturalna...

Szkoła. Obrzydzenie na widok pozłacanych torebek z cekinami , setki razy przefarbowanych włosów, ciuchów rodem z Gariunai, ohydnej solariumowej opalenizny w środku zimy, różowych paznokci, zapachu podróbek dobrych perfum, błyszczących kolczyków w pępku na wklęsłym brzuchu. Wydawało się, że wszędzie tak jest, było i będzie. Na szczęście okazało się że nie, wystarczyło trochę poznać świat żeby się o tym przekonać. Człowiek żyje i się uczy rzeczy przeróżnych, mądrych i próżnych.

I nie zawsze to wszystko się rymuje.

Powstaje pytanie: czy dużo się zmieniło od czasów kiedy kobieta była symbolem zamożności męża, kiedy musiała nosić ubrania uniemożliwiające jej jakąkolwiek pracę fizyczną, ale też swobodne poruszanie się? Wysokie obcasy, mini spódniczki, kilkudziesięciocentymetrowe paznokcie, natapirowane fryzury – to po prostu mała zmiana w historii mody- zamiast gorsetów i kilkumetrowych kapeluszy.

Bardzo ciekawym rozróżnieniem ( chyba wg. Sapira) jest charakterystyka mody w dwjakiego rodzaju społeczeństwach – tym zhierarchizowanym, gdzie patriarchalizm jest bardzo wyraźny i tym drugim- społeczeństwie gdzie na pierwszy plan wysunięte jest równouprawnienie obu płci. W tych pierwszych moda nadal zmusza kobiety do nabywania ubrań i gadżetów podkreślających kobiecość i uwydatniających różnice płciowe; kobiety chcą być jak najbardziej kobiece, tak jakby sam fakt że się nią jest był niewystarczający. Natomiast w tej drugiej grupie kobiety stawiają przede wszystkim na wygodę i nie widzą w tym uszczerbku na swej kobiecości. Zgadnijcie, do której grupy należy Litwa albo Polska? ( oczywiście podział jest bardzo uogólniony, ale coś w tym jest).

Wydawałoby się, że moda idzie w koierunku wygody, ale takie podejście jest chyba mylące. Nie ma co się łudzić, kobiety, a mężczyźni też, chcą być modni, a nie tylko wygodni. Wygodnie to można się ubrać w domu kiedy nikt nie widzi, a właściwie to nawet tam nie da się uciec od mody.

Jednak głupi/-a zawsze będzie czekał/-a na jakieś pozytywne zmiany. Wiadomo przecież, stałe i niezmienne są tylko i wyłącznie zmiany.

niedziela, 18 maja 2008


Nawet tak szczytny cel nie zachęca ludzi do właściwej inwestycji, a może jeszcze trzeba popracować nad talentem; jednak każdy kto nie słyszał dzisiejszego występu O/D nie się schowa pod kordłę. I niech spokojnie śpi.

niedziela, 11 maja 2008

Zdrowie psychiczne

Abraham H. Maslow. Bardzo ciekawy psycholog, nie tylko dlatego, że ma niecodzienne maślane nazwisko i jednoznacznie odrzuca eksperymenty nad zwierzętami. Jest 'psychologiem humanistycznym'- daleko mu do ścisłych, naukowych sposobów badań i wyciagania wniosków, ale z psychologią w ogóle sprawa nie jest prosta, nadal jest ona w niedookreślonym miejscu pomiędzy naukami ścisłymi a humanistycznymi, coraz bardziej zbliżając się do tych drugich. Rozbrajające było zakończenie 7-ego rozdziału w "W stronę psychologii istnienia"- po przedstawieniu dwu przeciwstawnych sobie tendencji zachowania osób w momentach szczytowych wystąpienie zamyka słowami: "Nie wiem jednak, co to znaczy." ( w odniesieniu do rozbieżności tych tendencji).

Chciałam jednak napisać kilka słów o jego poglądach na zdrowie psychiczne, w których ( tak samo jak w innych kwestiach) istnieje bardzo ścisła zbieżność z poglądami Miguela Ruiza ( a raczej Tolteków, z których wiedzy mistycznej czerpie ) na jednostkę i umowach ograniczających jej indywidualność.
Maslow zaznacza, że w jego teorii zdrowie psychiczne to NIE przystosowanie do rzeczywistości, społeczeństwa, innych ludzi. Adekwatność, skuteczność, kompetencja w odniesieniu do otoczenia, dobre wykonywanie wyznaczonej roli NIE muszą być cechami człowieka w pełni zdrowego psychicznie. Takie określanie jednostki ze względu na jego przystosowanie jest podejściem przedmiotowym, jednostka jest potraktowana jako narzędzie. Nie wiadomo też, co w takim wypadku mamy zrobić z różnymi kontekstami kulturowymi, czy ktoś może być zdrowy psychicznie w jednym środowisku a w innym już nie? Wiadomo, że bardzi często właśnie osoby nieprzystosowane są uznane za chore psychicznie, ale psychologia w żadnym wypadku nie może bazować na takich potocznych przekonaniach. Zdrową psychicznie osobowość natomiast, jak łatwo się domyślić, charakteryzuje oderwanie, niezależność, samorządny charakter, skłonność do szukania w SOBIE drogowskazów i prawideł życiowych. Zdolne do tego są osoby samourzeczywistniające się ( o tych napiszę jeszcze kiedyś, bo jest to bardzo ciekawe). Osoby te są wolne od opinii innych ludzi, w bardzo wielkim stopniu są one determinantami dla siebie samych.
U Miguela Ruiza, autora książki "Cztery umowy" ideał jednostki polega właśnie na tym, że zrywa ona umowy narzucone przez innych, które nijak się mają do jej własnego świata. Książka jest dosyć łatwa w czytaniu, właściwie to jest to kolejny poradnik typu 'jak być szczęśliwym' , którymi są zawalone księgarnie. Jednak ta właśnie kniga wydaje mi się bardzo sensowna, ale trzeba zrobić z nią coś więcej niż przeczytać ( nie chodzi o wykorzystanie jej w celach higienicznych czy użycie jej jako podstawki pod kubek, ale takie wariacje są dopuszczalne). Trzeba zacząć pracować nad sobą. Zapomnieć co inni o nas myślą, mówią, bo i tak oni mają swój 'sen', czyli życie, w którym jesteśmy co najwyżej postacią drugoplanową. Nie da się zaprzeczyć, że każdy z nas żyje w swoim śnie, tworzy swoją historię, swój wizerunek, klasyfikuje innych ludzi i rzeczy. Jednak stosowanie się do tych wszystkich zasad, tresowanie samych siebie, pochłania strasznie dużo energii, więc trzeba zacząć zrywać te umowy. Wygląda na to, że tylko w ten sposób możemy powoli zacząć żyć w lepszym świecie i w końcu zacząć być sobą, stopniowo coraz bardziej sobą.
Takie właśnie osoby, które nie boją się zerwać wszelkiego rodzaju umów, czyli przestać wierzyć w kłamstwa które próbują wmówić nam inni i które produkujemy my sami żeby tych innych zadowolić, potrafią być sobą- są spontaniczni, twórczy ( też w sensie twórczego życia codziennego), ekspresyjni, oryginalni ( bo się tego w sobie nie boją), kochają życie, są odporni na krytykę i niepowodzenia, optymistyczni, czują się spełnieni, bo robią w życiu to z czego mogą czerpać satysfakcję, są zdolni do kochania, empatyczni, momentami są zdolni do zapomnienia o swoim ego itd.
Trochę odeszłam od tematu, bo niezupełnie o tym chciałam napisać, ale cóż, może innym razem będę bardziej konsekwentna, time will show.

piątek, 18 kwietnia 2008

Prawa ludziów tym razem


15- 18 kwietnia w Poznaniu odbywały się dni Praw Człowieka, był to właściwie Objazdowy Festiwal Filmowy "Prawa człowieka w filmie" wraz z współpracą naszego uniwersytetu i kilku placówek kulturalnych (kino Rialto, Rozbrat i in.). Wstęp na wszystkie filmy był bezpłatny, ale nie udało mi się skorzystać z tego na tyle ile chciałam, no bo wiadomo, nie mogłam poświęcić całego tygodnia na oglądanie filmów.
Można było się domyślić, jakie państwa będą tam pokazane. Trafiłam na film "Esma" , o kobiecie z Bośni i Hercegowiny ktora szuka zaginionego męża ( szuka go oczywiście w ziemi, a nie na ziemi) , tak jak dziesiątki tysięcy innych rodzin. Bałkany i ich krwawe historie. Niezagojone rany. Brak winnych, albo winni bezkarni. Pocztówki z grobu.
Inny film, "Kamienna cisza" - o kobiecie,muzułmance oczywiście, która prawdopodobnie została ukamieniowana za popełnienie cudzołóstwa. To, co u nas jest sprawą w każdym milimetrze prywatną, tam jest problemem publicznym. Kto wie, może to oni mają rację. Feministki by chętnie powyrzynały wszystkich muzułmanów w celu wyzwolenia uciskanych kobiet, ale czy te kobiety tego chcą? To właśnie one mówią, że mężczyźni są ich najlepszymi obrońcami, że to oni najlepiej wiedzą co dla kobiety jest dobre, a europejki są godne pożałowania, bo czyżby mężczyźni-europejczycy byliby zdolni bronić swoje kobiety tak jak wyznawcy Islamu? Tu chyba trzeba się zgodzić, w Europie kobieta sama musi bronić swojej godności i czegoś tam jeszcze, a muzułmanka może zaufać swojemu mężowi, który "zawsze wie", co dla jego żony jest najlepsze.
Dyskusje mogą rozwinąć feministki.
Kolejny film był, tak jak się spodziewałam, o naszej pokrzywdzonej sąsiadce Białorusi; śmiesznych, ale niewesołych ekscesach Ojca Narodu oraz rozprzestrzeniającej się jak dżuma opozycji. Niby wszyscy wiedzą jaki "Łuka" jest niedobry, jak cierpi naród, jak mężnie walczy opozycja, ale mało kto wnika w to głębiej. Najlepiej oczywiście sytuacje można poznać od środka, z relacji Białorusinów. Relacje te, co prawda, są bardzo różnorodne, ale taka jest właśnie ta rzeczywistość- czarne nie jest do końca czarne, a białe nie jest w pełni białe.
Co my mamy z tym zrobić? Można pojechać, pomagać, mówić, pisać, protestować, krzyczeć, przekonywać. Wydawałoby się, że ci ludzie ( przede wszystkim młodzi) mają bardzo łatwy wybór- konformizm albo walka o demokrację, a my tutaj, w Polsce czy na Litwie, możemy cieszyć się wolnością słowa i właściwie to nie mamy o co ani po co walczyć. Ech, gdyby tak właśnie było, że demokracja zaczyna panować od momentu jej ogłoszenia. Obywatele nowo odrodzonego państwa demokratycznego ( Litwa po odzyskaniu niepodległości, Polska po okresie PRLu) mają nowe wymagania wobec państwa, chcą od niego dużo, nie dają z siebie nic ( bo jeszcze nie wiedzą że po to, żeby zaistniała demokracja, muszą dać z siebie więcej niż tylko podatki), i znów, jak za starych czasów, zaczynają narzekać na władzę, że nie dała im prawdziwej demokracji. Niestety,taka sytuacja panuje nie tylko przez pierwsze lata istnienia nowego ustroju; dziś jeszcze daleko nam po prawdziwej demokracji. Bardzo wyraźnie widać, że nie tylko na Białorusi trzeba porządnie popracować nad demokracją, ale u nas też jest jeszcze masa rzeczy do zrobienia.
To, czego najtrudniej się nauczyć, jest pewnie inicjatywa i aktywność jednostek w życiu społecznym i politycznym. To nie władza musi wychodzić z inicjatywą, zakładać stowarzyszenia, organizacje, projekty, wywoływać dyskusje, tylko my musimy komunikować dla władzy. Fajnym przykładem pracy nad świadomością polityczną zwykłych obywateli jest pomysł "demokracji uczestniczącej" czyli kolektywne podejmowanie decyzji, ktore znajduje zastosowanie w np. w samorządach lokalnych. Daje to ludziom świadomość, że jednak są oni częścią tego nieraz hybrydycznego organizmu zwanego państwem demokratycznym.
Konkludując, ( dosyć płynnie przeszłam od zagadnienia praw człowieka do zjawiska demokracji uczestniczącej),można bez wątpienia stwierdzić, że nawet w naszym "cywilizowanym" i wrażliwym na naruszanie praw lczłowieka świecie jest dużo do przerobienia. Pierwszym zadaniem jest praca nad sobą, edukacja i szukanie wycinka rzeczywistości, w którym możemy najlepiej się realizować z korzyścią dla innych.