niedziela, 31 sierpnia 2008

Nie Krishna, tylko Krishnamurti

Już drugi raz zabieram się do czytania Krishnamurtiego. Akurat mam pod ręką jego książkę w języku hiszpańskim La libertad primera y ultima( pierwsza i ostatnia wolność(?)), więc postaram się przeczytać ją do końca.

Zaczęło się od pewnej znajomości. Kiedy pierwszy raz leciałam samolotem, poznałam bardzo ciekawych ludzi, przez co nie miałam czasu na imaginowanie kiedy i jak mógłby rozbić się mój samolot. Na lotnisku w Poznaniu zaczęłam rozmawiać z dziewczyną, która ze swoim ojcem też leciała do Londynu. Z Londynu miała jechać do jakiegoś małego miasteczka do szkoły muzycznej, gdzie miała spędzić kilka miesięcy na praktyce. Szkoda że już nie pamiętam jak się nazywała ta szkoła, bo to co o niej opowiadała, robiło wrażenie. Była to szkoła z internatem, właściwie to muzyczno-duchowa szkoła, że tak powiem. Dyscyplina, medytacja, muzyka, bardzo zorganizowany i urozmaicony plan zajęć. Jeżeli się nie mylę, szkołę założył właśnie Krishnamurti, w każdym razie działała ona pod jego patronatem. Ojciec tej dziewczyny przyjaźnił się z Krishnamurtim osobiście i tłumaczył jego książki na język polski. Znał ponad dziesięć języków i wyglądał na bardzo pogodnego i niezwykłego staruszka ( miał już ponad 70 lat, a córka ok 27). Oboje byli wegetarianinami, do był najstarszy wegetarianin którego poznałam osobiście ( najmłodszy miał 3 latka).

Po powrocie do Poznania bardzo chciałam odwiedzić tę niezwykłą rodzinkę w ich domu, ale Marysia (ta z samolotu) była nadal w Anglii więc nic z tego nie wyszło.

Został natomiast Krishnamurti, którego muszę poznać bliżej.

Przedtem jedyne, co o nim wiedziałam było to, że był przeciwko jakimkolwiek autorytetom i że często mówił o świadomości. We wstępie do książki też wspomina o autorytetach i o tym, że musimy się od nich uwolnić. Ludzie boją się przyszłości i odpowiedzialności za swoje działania, więc szukają przywódców, guru, mistrzów, mędrców żeby myśleli zamiast nas. Nietrudno się domyślić, do jakich konsekwencji to prowadzi. Tylko że nie wiem ilu z nas jest naprawdę zdolnych do uwolnienia się od autorytetów. Wszystko zaczyna się od poznania siebie. Jeszcze nie wiem na czym to polega u Krisnamurtiego, ale być może wkrótce będę w posiadaniu takowej wiedzy. Łudzę się też nadzieją, że moja umiarkowana znajomość języka hiszpańskiego nie zniekształci przekazu Krishnamurtiego. Paz! :)

środa, 27 sierpnia 2008

ja wy my oni

Mój Mózg Porównywacz nie daje spokoju, zawsze jest włączony i wyczulony na wszelkiego rodzaju szczegóły. Czasem aż do przesady, no bo takie porównywanie i zestawianie rzeczy i zjawisk w zasadzie nikomu nie ułatwia życia.
I tak bes przerwy porównywałam Polskę z Litwą, rozbierając je do naga i zastanawiając się nad rolą każdej cześci ciała. Teraz powoli próbuję obnażyć ciało Hiszpanii, które o dziwo, wcale nie jest bardzo egzotyczne, chociaż umie zadziwiać.

Byłam bardzo zdziwiona, że do domu średniozamożnej rodziny codziennie (poza weekendami) przychodzi kobieta, która sprząta cały dom, robi pranie i zmywa naczynia. Znam nawet taką rodzinę, która musi ograniczać wydatki, żeby nie zabrakło pieniędzy pod koniec miesiąca, ale nawet oni mają taką "kobietę do sprzątania". No cóż, być może na Polskę i Litwę też przyjdzie taki czas. Ciekawe czy to wynika z leniwstwa czy być może to rzeczywiście się opłaca. A może to sposób na redukcję bezrobocia... Dla Hiszpanów to , że ktoś codziennie sprząta ich dom jest tak oczywiste, że nikt się nie pyta czy warto.

A ja bym chętnie zapłaciła "dobrej kobiecie" ( ewentualnie może być mężczyzna) za wysprzątanie mojej biednej głowy, bo zanieczyszczenie bzdurami zbliża się do niebezpiecznego poziomu.

niedziela, 24 sierpnia 2008

Coz, te notke musze pisac bez polskich znakow graficznych, ale w najblizszym czasie to tez da sie naprawic. [ nie wiedziałam że to takie proste, ale doszłam do tego sama]

No i muszę wrocić ( czy raczej zaczać?) do pisania ´sekretnego pamiętnika sieciowego´, tyle ze wcale nie sekretnego, bo wystarczy mieć internet żeby go przeczytac, i wcale nie pamiętnika, bo już nawet nie wiem jak to się robi, chociaż, co prawda, uprawiałam to hobby przez kilka dobrych lat. Właściwie to nie był wcale pamiętnik, tylko ´przemyślnik´. Może gdybym kontynuowała prowadzenie tego zapisadła, to wykrystalizowałby się z tego jakiś system filozoficzny albo, w najgorszym wypadku, choroba psychiczna, więc cięszę się, że nie doszło ani do pierwszego, ani do drugiego.

Kilka dni temu leciałam samolotem z Kowna do Frankfurtu, a poźniej z Frankfurtu do Santiago. Jak zwykle byłam bardzo spokojna, przez większą część lotu spałam, bo lecieliśmy nocą ( w dzień prawdopodobnie też bym spała). Ślepo wierzę w Ryanair, jak głupie dziecko, ale w ten sposób przynajmniej nie giną moje cenne komórki nerwowe.

Na szczęście nie wiedzielismy o tym, że dzień przed naszym lotem w Madrycie rozbił się samolot Spanair. Zgineły 152 osoby. W Hiszpanii przez cały tydzień mówiono o tej katastroficznej katastrofie, aż wkrótce wydarzenie to stanie się rocznicą narodową itd. Oczywiście, taka katastrofa w Europie to niecodzienne wydarzenie, ale przecież codziennie na świecie giną tysiące ludzi w rożnego rodzaju katastrofach.

Kiedy pojawił się telefon i internet, wydawało się ( nie mnie oczywiście, tylko Większym Głowom) , że w telewizji i gazetach coraz więcej miejsca będą zajmowały wieści ze świata. Wydaje się jednak, ze nastąpił jakiś ´odwrót´ i stopniowo coraz więcej mówi się o sprawach lokalnych, które w wiadomościach zajmują ponad 80 %. Pisal o tym m.in. Kapuscinski w Lapidariach.

Z jednej strony zainteresowanie i skupienie sie na sprawach lokalnych jest naturalne i bardzo pozytywne, a z drugiej pokazuje nam, że ludzie nie potrzebują informacji o tym, co dzieje się gdzieś daleko, bo to nie dotyczy ich bezpośrednio i ich wcale nie porusza. Jesteśmy wrażliwi tylko na ból własnych rodzin, dzieci, przyjaciół, czy kotow i psów, i całkowicie obojętni na ból ludzi, z którymi nie mamy nic do czynienia.

Żeby ludzie zaczęli zmieniać coś w swoim życiu, na szerszą skalę potrzebny jest lodowiec albo poważne trzęsienie ziemi, a nie jakieś ostrzeżenia ekologów, zielonych , proboszcza czy Dalajlamy. Czy moje.

piątek, 8 sierpnia 2008

niedziela, 6 lipca 2008

O dyrektorze mojej szkoły początkowej.... słów kilka

Świat wydaje się ciekawy dopóki człowiek nie zacznie się nim na dobre ciekawić.
Ale... nie bierzmy wszystkiego na serio, es lo mejor que puedes hacer, hijo mio :)
W Mariampolu już od roku jest polska szkoła, co prawda połączona z litewską. Przedtem też przez dobrych kilkanaście lat istniały polskie klasy, które się przymały na kochane nauczycielce klas początkowych St. Skarżyńskiej. To niesamowite że przez tyle lat utrzymała się i wychowała dużo dzieci w szkole, której dyrektorem był fenomenalny Algimantas Masaitis, członek Vilniji!!! (o tym dowiedziałam się zupełnie niedawno). To on przez wiele lat powtarzał, że klasy polskie w szkole mariampolskiej będą tylko przez jego trup. Na szczęście musiał się ugiąć.
Następnym dyrektorem był kolejny polakożerca, który po pijaku biegał po wsi wygrażając Polakom. Na szczęście ludzie się od razu za to wzięli i zaczęli zbierać jakieś podpisy, bo oburzające jest żeby taki człowiek był na tak wysokim stanowisku.
Wróćmy jednak to Masaitisa, mojego byłego dyrektora, o którym prawie nic nie wiedziałam w czasach, kiedy uczyłam się w szkole, bo niby czemu miały interesować mnie poglądy jakiegoś, czy nawet mojego dyrektora.
W internecie natknęłam się na rozbijający artykuł -Vilnija:letai gyjanti krasto istorijos zaizda. Jest to dyskusja na temat polskości, "polskich nacjonalistów", historii, szkolnictwa itd , w której m.in. bierze udział wszystkim znany Garsva i "nasz" Masaitis.
A.Masaitis:

"Per Atgimimą sukruto lenkų agitatoriai ir remdamiesi Lietuvos Konstitucija pareikalavo atidaryti lenkiškas klases. Atsirado vienas kitas tėvas, kuris savo vaikus norėjo mokyti lenkų kalba. Jie buvo visais būdais agituojami siekti lenkiškų klasių atidarymo. Tie agitatoriai – tai Lenkų rinkimų akcijos Lietuvoje aktyvistai. Jiems rūpėjo Marijampolyje būtinai atidaryti lenkų mokyklą ir kad ji būtų po vienu stogu su lietuviška. Aš įrodinėjau, kad Europos Sąjungos šalyse nėra dvikalbių ir trikalbių mokyklų, nes tai daryti netikslinga.

10 metų man pavyko nuo dvikalbės mokyklos Marijampolyje apsiginti, tačiau buvau smarkiai puolamas."
No właśnie. Większość mieszkańców Mariampola to Polacy (chociaż teraz... większość młodych Polaków albo ukończyła, albo uczy się w szkole litewskiej więc nie wiadomo kim są), a ktoś próbuje wmówić że tak naprawdę nikomu nie zależało na polskich klasach, tylko "agitatorom". No cóż, śmiem twierdzić że prawda była inna, bo znam większość rodziców tych dzieci i ani jednego agitatora...
Masaitis:
"Elgiamasi iššaukiamai. Lenkiška klasė gražiai suremontuota, įstatytos didžiulės naujos durys, privežta kompiuterių, yra internetas. Visai mokyklai reikia renovacijos, bet visas dėmesys telkiamas tik į lenkiškąją dalį. Visa tai pykdo žmones, ne vien lietuvius, bet ir vietinius lenkus."
Pewnie, vietiniai lenkai wolą litewska szkołę, nie ma co :)
Masaitis:
"Toks veikimas (czyli polityka oddzielania, a nie integracji, mój przypis) nepadės vietiniams lenkams geriau integruotis į Lietuvos valstybės gyvenimą, daugelis jų kaip buvo nuošalyje, taip ir liks stovėti kelkraštyje.Laukti ne rankas sudėjus, bet dirbant"
Aż się boję komentować...A nuż też jestem tylko polakiem-darmozjadem i wszystko obróci się przeciwko mnie.
Masaitis:
"Pats gyvenimas parodys, ar ta lenkiška mokykla Marijampolyje reikalinga, ar nereikalinga. Mano įsitikinimu, ji čia visai nereikalinga. Ir daugelio vietinių tėvų įsitikinimu – taip pat. Vietiniai vaikai jos ir nelanko. Seniūnas į tą mokyklėlę atveža mokinukus iš gana tolimų apylinkių."
Kłamstwo w żywe oczy. Aż mi włosy zaczynają zielenieć,a oczy zachodzić delikatną różową mgłą.


Wypowiada się też niejaki Zigmas Zinkevičius. Ta wypowiedź rozśmieszyła mnie najbardziej:

"Ir dar į ką norėčiau atkreipti dėmesį: šiame krašte labai paplitę įvairūs mitai – lenkomanų politikuotojų skleidžiamos nesąmonės. Ir žmonės jomis tiki. Kai kurios tų nesąmonių tapo visuotinai priimtos ir ne vien Lietuvoje, bet ir užsienyje. Kad ir toks lingvistams gerai žinomas dalykas. Vietinė lenkų kalba paplitusi į šiaurę nuo Vilniaus ir maždaug iki Vilniaus, o toliau į pietus kalbama gudiškai, t. y. baltarusiškai. Bet pamėginkite tai paaiškinti tiems, kas nenori girdėti. Jus pradės įtikinėti, kad tai esanti lenkų tarmė. O už Lietuvos sienos ta pati kalba, kuri niekuo nesiskiria, jau vadinama gudų kalba. Tai ar čia ne mitas?"

I na koniec pan Alfonsas Kairys o wycieczkach, które muszą być organizowane dla uczni szkół litewskich, żeby poznawały swój kraj:

"Vien lietuviais moksleiviais negalima apsiriboti, reikia paimti į tas keliones ir kitų mokyklų – lenkiškų ir rusiškų, moksleivius. Tai bus veiksminga priemonė patraukti į mūsų pusę kitų tautybių vaikus ir jų tėvus."

???????????
Całą dyskusję, która była zapisana i wydrukowana w "Mokslo Lietuva" w kwietniu 2007, można przeczytać tutaj: http://mokslasplius.lt/mokslo-lietuva/node/408?page=0%2C0


Nie chcę, żeby to wszystko zabrzmiało antylitewsko. Nie mam NIC przeciwko Litwinom. Jednak nie mogę być obojętna na słowa i działania ludzi, których spotykam na co dzień. Nie tylko Litwinom. Chyba jeszcze bardziej denerwujące są wyczyny niektórych Polaków, bo nawet wśród nas nie brak ciemniaków, nacjonalistów, półgłówków, "zaściankowiczów", hołoty i innych gatunków.

A teraz wracam do przyjemniejszych rzeczy, może se pogram na flecie póki dom nie śpi, albo posłucham mariampolsko-litewsko-ziemsko-kosmicznej ciszy, którą nie mogą nacieszyć się moje zwykłe, przyziemne uszy.


poniedziałek, 30 czerwca 2008

Chyba dużo się działo, może trochę za dużo. Nie można przecież być cały czas na czasie, bo ktoś, kto wymyślił zegarek, był bardzo irracjonalny. Nie mówiąc już o sekundniku....
Przedwczoraj, po przyjeździe do domu, długo nie mogłam zasnąć bo było za dużo ciszy. Sound of silence otaczało mnie z każdej strony, wchodziło przez uszy, noc, powieki, skórę. Tak to jest, jak się człowiek przyzwyczai do nieustającego hałasu miasta, które nigdy nie śpi ( tak jak każde inne przyzwoite miasto).
Uświadomiłam sobie po raz kolejny, że muszę się nauczyć nowych znaczeń znanych mi słów. Oczywistości okazują się czymś co trzeba jeszcze raz dookreślać. Wygląda na to, że dosłownie każde zdanie powidziane u nas i w Polsce ma zupełnie inne znaczenie. Tak więc uczę się...
Festiwal Malta dobiegał do finału w sobotę, a ja tymczasem jechałam ( wraz z moimi torbami i kartonikami) w stronę wschodniej granicy Polski. Szkoda było, że nie zobaczyłam Elvisa Costello w sobotni wieczów nad niejakim jeziorem Malta. Praca nad codziennikiem maltańskim i pisanie recenzji wspominam bardzo dobrze ( jeszcze o tym napiszę). Natomiast zaczynam żałować że nie poszłam na salon do Radia Afera. Po prostu stchórzyłam, a to mogło być bardzo ciekawe doświadczenie. Nieważne. Innym razem. Nic na siłę.
Od kultury- prosto do litewskiego buszu. Do natury. Zajęłam się sprzątaniem lasku należacego do mojego dziadka. Bardzo to pasjonujące, daje podobną satysfakcję jak pisanie recenzji. Jednak jest problem... ze śmieciami oczywiście. Nasze mariampolskie wysypisko śmieci zostało zamknięte ( bo nieekologiczne, nieeuropejskie...), więc ludzie wywożą śmieci do śmietników koło innych wiosek, do lasu, zakopują do ziemi, gromadzą za domem. De facto nie ma gdzie wywozić niesortowanych śmieci ( a z sortowanym też nic nie wiadomo, trzeba pogadać z moim sąsiadem ,starostą, ale już się domyślam jak się potoczy ta rozmowa :)). Tak więc najleprzym rozwiązaniem byłoby zjadanie własnych śmieci albo czarna dziura gdzieś w ogrodzie, która bezpowrotnie pochłaniałaby nasze jawymyślniejsze śmieci.

niedziela, 1 czerwca 2008

Moda

Tak, to prawda, chciałam być modna, bo wszyscy chcieli, bo nikt nie powiedział głośno że większość też może się mylić, bo to była dobra zabawa, bo każdy chce być ładny, bo tak. Tak, to prawda, nawet teraz nie jestem od tego wolna. Zapomniałam ogolić nogi, poszłam na basen i nie mogłam nie myśleć o swoich owłosionych nogach, widok których może zaszokować niejednego samca, przyzwyczajonego do widoku oczyszczonych z różnego rodzaju owłosienia kobiet. I co, byłam mniej kobieca? No przecież byłam bardziej naturalna...

Szkoła. Obrzydzenie na widok pozłacanych torebek z cekinami , setki razy przefarbowanych włosów, ciuchów rodem z Gariunai, ohydnej solariumowej opalenizny w środku zimy, różowych paznokci, zapachu podróbek dobrych perfum, błyszczących kolczyków w pępku na wklęsłym brzuchu. Wydawało się, że wszędzie tak jest, było i będzie. Na szczęście okazało się że nie, wystarczyło trochę poznać świat żeby się o tym przekonać. Człowiek żyje i się uczy rzeczy przeróżnych, mądrych i próżnych.

I nie zawsze to wszystko się rymuje.

Powstaje pytanie: czy dużo się zmieniło od czasów kiedy kobieta była symbolem zamożności męża, kiedy musiała nosić ubrania uniemożliwiające jej jakąkolwiek pracę fizyczną, ale też swobodne poruszanie się? Wysokie obcasy, mini spódniczki, kilkudziesięciocentymetrowe paznokcie, natapirowane fryzury – to po prostu mała zmiana w historii mody- zamiast gorsetów i kilkumetrowych kapeluszy.

Bardzo ciekawym rozróżnieniem ( chyba wg. Sapira) jest charakterystyka mody w dwjakiego rodzaju społeczeństwach – tym zhierarchizowanym, gdzie patriarchalizm jest bardzo wyraźny i tym drugim- społeczeństwie gdzie na pierwszy plan wysunięte jest równouprawnienie obu płci. W tych pierwszych moda nadal zmusza kobiety do nabywania ubrań i gadżetów podkreślających kobiecość i uwydatniających różnice płciowe; kobiety chcą być jak najbardziej kobiece, tak jakby sam fakt że się nią jest był niewystarczający. Natomiast w tej drugiej grupie kobiety stawiają przede wszystkim na wygodę i nie widzą w tym uszczerbku na swej kobiecości. Zgadnijcie, do której grupy należy Litwa albo Polska? ( oczywiście podział jest bardzo uogólniony, ale coś w tym jest).

Wydawałoby się, że moda idzie w koierunku wygody, ale takie podejście jest chyba mylące. Nie ma co się łudzić, kobiety, a mężczyźni też, chcą być modni, a nie tylko wygodni. Wygodnie to można się ubrać w domu kiedy nikt nie widzi, a właściwie to nawet tam nie da się uciec od mody.

Jednak głupi/-a zawsze będzie czekał/-a na jakieś pozytywne zmiany. Wiadomo przecież, stałe i niezmienne są tylko i wyłącznie zmiany.